Piękno neurobiologii

Wybrańcy bogów nie umierają młodo

Reklamy

Siedemdziesiąt pięć lat kończy dziś błyskotliwy biolog ewolucyjny i zapalony krytyk religii, jedna z najbarwniejszych postaci współczesnej nauki i filozofii — Richard Dawkins.

Richard Dawkins podczas konferencji
QED w 2013, fot. Richard Cooper/Wikimedia Commons

Czyli nie jest pan wojującym ateistą w stylu Richarda Dawkinsa?

Uważam, że sprawy światopoglądowe są kwestią bardzo indywidualną i nie ma najmniejszego sensu nikogo nawracać. Bardzo mnie śmieszy Dawkins, który za pomocą laptopa walczy z Panem Bogiem. Chyba że takie działanie przynosi pieniądze za nieźle sprzedające się książki — wtedy to rozumiem.

Marcin Roktiewicz: Mózg i błazen. Rozmowa z Jerzym Vetulanim, wyd. Czarne, Wołowiec 2015, s. 29.

Do całkiem niedawna postrzegałem Dawkinsa jako bardzo zdolnego ewolucjonistę z niewiadomych dla mnie powodów opętanego ideą konieczności propagowania ateizmu. Naukowca, który wiarę gotów jest zwalczać z gorliwością podobną gorliwości misjonarzy nawracających bezbożnych. Jego działalność na tym polu wydawała mi się dość niepoważna. Przez całe życie poznałem, utrzymywałem ciepłe stosunki i nawiązywałem przyjaźnie z przedstawicielami różnych religii i nikogo nie próbowałem nawracać na moją niewiarę. Zawsze uważałem walkę z wiarą za jałową (bardzo ceniłem też sobie, gdy ktoś nie próbował nawracać mnie). Z ironią mówiłem więc, że walka Dawkinsa z religią to w gruncie rzeczy wyraz jego głębokich przekonań religijnych, jedynie skierowanych w przeciwną stronę (co bezlitośnie wytykał mi prezes Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów).

Z perspektywy czasu muszę przyznać, że moja opinia była powierzchowna i nieuczciwa. Do jej zrewidowania okazję stworzył pewien nieoczekiwany wypadek.

Gdy 29 stycznia 2016 wylądowałem na gorlickim OIOMie z dość poważnym krwotokiem stało się jasne, że konieczne będzie poddanie się kilkudniowej hospitalizacji. Cały czas znajdowałem się pod fantastyczną opieką; wyposażenie oddziału nie odbiegało od norm europejskich, a personel — zarówno medyczny jak i pielęgniarski — był kompetentny i bardzo życzliwy. Nie miałem tam jednak w zasadzie nic do roboty. Jedynym urządzeniem dostarczającym rozrywki był odtwarzacz MP3, na który wnuk nagrał mi wcześniej audiobook The God Delusion czytany przez autora i jego żonę. Przesłuchałem całą książkę trzy razy. Mogłem się dokładnie zapoznać z jej treścią i czerpać przyjemność z tej — jak się okazało — niezwykle ciekawej i angażującej intelektualnie lektury. Tydzień w gorlickim szpitalu, mimo konieczności przejścia kilku nieprzyjemnych zabiegów, był zatem czasem całkiem mile i pożytecznie spędzonym.

Akcja ratunkowa w Gorlicach, fot. Małgosia Bukowska

Bóg urojony jest wyrazem dużej wiedzy i inteligencji autora. Zrozumiałem głęboką niechęć Dawkinsa do religii. W odróżnieniu ode mnie — spotykającego się na co dzień z raczej tolerancyjnymi formami katolicyzmu — Dawkins walczy ze strasznym, fundamentalistycznym światopoglądem przepojonym nienawiścią do osób wierzących inaczej. Ten rodzaj wierzeń religijnych stymuluje ich narzucanie wbrew jakimkolwiek racjonalnym podstawom, powoduje trwałe szkody edukacyjne i ewidentnie hamuje postęp nauki. Dawkins rzuca rękawicę fanatykom, dla których Bóg jest mściwym, zawistnym tworem dążącym do unicestwienia i skazania na wieczne cierpienie swoich oponentów.

Książka zawiera wiele interesujących opisów implementacji nauk religii w życie publiczne oraz zbija argumenty skierowane przeciw racjonalizmowi. Fantastycznie opisane poglądy Galtona i jego doświadczenia z nieskutecznością modlitw na rozwój roślinek, jak również opis znanego mi wcześniej doświadczenia wykazującego brak uzdrawiającego działania modlitwy w intencji chorych na ich stan zdrowia to tylko fragment całej błyskotliwej opowieści. Z konkluzji, do jakich dochodzi autor, najbardziej podoba mi się ta: my, ateiści, mamy jedną przewagę nad wierzącymi — nie boimy się tego, co stanie się z nami po śmierci.

Mimo zachwytu, jakim napełniło mnie The God Delusion, mam jedną istotną uwagę. Dawkins, świetny ewolucjonista, daje do zrozumienia, że racjonalne podejście do problemu religii rozwiązałoby wiele problemów trapiących ludzkość, zwłaszcza że każda religia niesie ze sobą w jakimś stopniu nienawiść do osób niebędących współwyznawcami, co prowadzi do prześladowań mniejszości, wojen religijnych i ludobójstw. Nie uwzględnia natomiast, że zjawisko utrzymujące się w obrębie gatunku przez czterdzieści tysięcy lat (a takim zjawiskiem jest religijność) musi mieć mocne zakorzenienie ewolucyjne i sprzyjać (przynajmniej w pewnym okresie) rozwojowi gatunku. W związku z tym nie może być też łatwo modyfikowane, bez silnej ewolucyjnej presji.

Badania ewolucji religijności gatunku ludzkiego powinny być podjęte przy użyciu najnowocześniejszego aparatu pojęciowego i instrumentalnego współczesnej nauki i dopiero na gruncie wyników tych badań można prawdopodobnie rozwiązać problemy przez religijność powodowane. Dzieło Dawkinsa jest zatem kamieniem milowym, ale nie metą.

W dniu siedemdziesiątych piątych urodzin życzę Richardowi Dawkinsowi, aby w nadchodzących latach nadal z odpowiednią sobie przenikliwością badał problemy religijności jako siły napędzającej i hamującej rozwój społeczeństwa.

A na marginesie: kilka dni po mnie, 6 lutego, w szpitalu wylądował sam Dawkins, który przeszedł udar — na szczęście niegroźny. Obaj wyszliśmy ze zdrowotnych tarapatów obronną ręką. Jak widać wybrańcy bogów nie muszą umierać młodo.

Reklamy