Pełnoduszne ożywialnie

Dla gatunku ludzkiego dożywanie sędziwego wieku stało się procesem korzystnym, mimo że z punktu widzenia jednostkowego związane ze starzeniem procesy degradacyjne z pewnością korzystne nie są. Przetrwanie genów w obrębie grupy zależy jednak nie tylko od bezpośredniej sprawności reprodukcyjnej poszczególnych osobników (czyli możliwości wytwarzania gamet i kopulacji), ale również od zaistnienia w grupie odpowiednich stosunków i hierarchii. Szczególnie istotna jest opieka nad młodym potomstwem ze strony osobników starszych. Przy opiece nad potomstwem niezwykle przydatne okazuje się doświadczenie, które często — w miarę jak wiek postępuje — nie idzie w parze ze sprawnością fizyczną, konieczną dla aktywności myśliwskiej czy produkcyjnej. Wspomniane braki wydają się jednak mało istotne w porównaniu z tym, jakie korzyści może dać nauka od doświadczonego członka grupy.

https://vetulani.files.wordpress.com/2016/09/adfinem1.jpg?w=479&h=320

Wciąż żywy jest mit domu opieki jako bezdusznej umieralni. Czasem jednak wyspecjalizowane ośrodki potrafią pomóc nam w krytycznej sytuacji. Na zdjęciu Centrum Ad Finem w Czernichowie.

We współczesnym, cywilizowanym społeczeństwie rola osób starych wzrasta, zwłaszcza że ich aktywność produkcyjna jest umożliwiona przez postęp techniczny i fizyczne skutki starzenia się są doskonale kompensowane przez różnego rodzaju aparaturę. Najpoważniejszymi czynnikami obniżającymi aktywność społeczną seniorów wydają się obecnie przede wszystkim związane z wiekiem deficyty zmysłowe (głównie osłabienie wzroku i słuchu) i poznawcze. Jednak takie deficyty mogą być dzięki postępowi technicznemu w wielu przypadkach rekompensowane (aparaty słuchowe czy implanty ślimakowe w przypadku deficytów słuchu, a okulary, operacyjne leczenie pewnych zmian oka związanych z wiekiem, jak na przykład zaćma, elektroniczne urządzenia wspomagające czytanie, a w niedalekiej przyszłości implanty siatkówkowe gdy psuje się wzrok).

Jeżeli chodzi o zdolności poznawcze, to inteligencja płynna ulega obniżeniu z wiekiem, natomiast inteligencja skrystalizowana, oparta na wiedzy i doświadczeniu, wzrasta. Również w wielu wypadkach z wiekiem zmniejsza się labilność emocjonalna, stąd łatwiejsze podejmowanie trafnych decyzji. Podobnie jak we wcześniejszych okresach rozwoju ludzkości, również dzisiaj seniorzy, jeżeli tylko są zdrowi, mogą z powodzeniem odgrywać istotne, często kierownicze role w społeczeństwie, chociaż niewątpliwie wolniej przyswajają osiągnięcia techniczne sprzyjające poprawie funkcjonowania poznawczego i — jak się wydaje — przyszłość naszego gatunku będzie zależeć m.in. od tworzenia odpowiednich relacji pomiędzy przedstawicielami różnych grup wiekowych.

Nie ulega jednak wątpliwości, że w miarę starzenia się seniorzy wymagają szczególnej opieki, aby móc pełnić użyteczną rolę w społeczeństwie, a potem — aby uniknąć różnego rodzaju dyskomfortu związanego z narastającą niepełnosprawnością. W przeszłości była to z reguły opieka zindywidualizowana, zapewniana przez rodzinę. W czasach, kiedy techniki medyczne stały na niskim poziomie, opieka domowa była wystarczająca, równie dobra jak zapewniana w domach opieki, a emocjonalnie korzystniejsza, niż opieka zinstytucjonalizowana. Ta ostatnia jeszcze nie tak dawno temu nie zapewniała podopiecznym wyraźnie lepszych warunków, niż dobra opieka domowa. Ta sytuacja i z reguły znacznie gorszy kontekst emocjonalny bytowania były przyczyną niechęci oddawania bliskich pod skrzydła instytucji opiekuńczych. Umieszczenie członka rodziny w „domach starców” nie miało społecznego przyzwolenia i często traktowane było w otoczeniu jako wyraz bezduszności rodziny i jej lenistwa.

Obecnie sytuacja uległa istotnej zmianie w wyniku dwóch procesów — zanikania instytucji dużej rodziny, w której liczni młodsi jej członkowie mogli dzielić się obowiązkami przy niesieniu pomocy seniorowi, oraz postępowi techniki medycznej, dzięki czemu pomoc ratująca życie w krytycznych sytuacjach może być skutecznie udzielana, ale w zasadzie tylko w warunkach dobrze wyposażonego domu opieki lub szpitala. Ponieważ zastane opory moralne przed oddawaniem bliskich pod opiekę specjalistycznych instytucji wciąż są w społeczeństwie dość powszechne, powstaje dylemat, w jaki sposób zorganizować życie seniorowi, który traci poważną część autonomii funkcjonalnej i stale wymaga opieki.

Rozwiązanie tego dylematu to uświadomienie rodzinie i znajdującemu się pod jej opieką seniorowi, które rozwiązanie jest dla wymagającego opieki korzystniejsze fizycznie i emocjonalnie. Odpowiedź na to pytanie zależy w głównej mierze od jakości opieki w obu sytuacjach. Jeżeli jesteśmy na tyle majętni, że możemy zapewnić odpowiednie miejsce pobytu seniora we własnym domu (osobny pokój izolowany akustycznie od innych pomieszczeń domu, całodobowa opieka pielęgniarska, „gorąca linia” do lekarza-specjalisty lub pogotowia, fachowa konsultacja gerontologiczna) — opieka domowa jest w zasadzie lepsza, jeżeli ponadto zorganizuje się seniorowi odpowiednie życie towarzyskie.

Wybór odpowiedniego miejsca poza własnym domem jako ostatniego mieszkania bliskiej nam osoby nie jest rzeczą łatwą. Pytanie, czy to miejsce zaspokoi potrzeby fizyczne, medyczne i psychologiczne powierzanej mu osoby, pensjonariusza, jest dla każdego wielką troską. Szczególnie dotyczy to sytuacji, kiedy nie mamy możliwości odwiedzać naszej babci czy wuja codziennie lub kilka razy w tygodniu, aby na własne oczy ocenić, czy opieka jest zadowalająca. Należy także pamiętać, że w wielu przypadkach z upływem lat funkcje psychiczne osoby znacznie się pogarszają, i często senior nie jest w stanie nam się poskarżyć. Właściwie tylko bardzo dobre referencje, po których dla pewności potrzebne są rozmowy z innymi pensjonariuszami, a także kontakty z personelem pielęgniarskim i terapeutycznym, są konieczne dla podjęcia decyzji.

W tym miejscu chciałbym się podzielić własnymi, całkiem subiektywnymi wrażeniami z jednego z takich ośrodków. Może być to uznane za nachalną reklamę, ale wydaje mi się, że bardzo wiele osób znajdujących się w krytycznej sytuacji szuka na oślep domu opieki i zdarza się, że wybór nie okazuje się najszczęśliwszy. Ja z kolei czuję się zobowiązany do napisania kilku ciepłych słów o miejscu i ludziach, którzy tak fantastycznie pomogli mojej rodzinie w krytycznym momencie.

Wybór pomiędzy domem rodzinnym a domem opieki jest — jak już wspomniałem — nie zawsze łatwy. Ten dylemat pięknie przedstawiła prof. Joanna Rymaszewska w referacie Własny dom czy ośrodek — trudne wybory opiekunów wygłoszonym na Ogólnopolskiej Konferencji Alzheimerowskiej w Szczecinie 17 września 2016.

Prof. Rymaszewska szczególną uwagę zwróciła na zbieranie informacji o miejscu, w którym chcielibyśmy umieścić bliską nam osobę. Przede wszystkim — przekonywała — należy kłaść nacisk na dokładny wywiad — nie tylko korzystanie z informacji reklamowych, ale osobiste oglądnięcie ośrodka i rozmowy, nie tylko z dyrekcją, ale także personelem i — przede wszystkim — z aktualnymi pensjonariuszami.

Prof. Rymaszewska mówiła z własnego doświadczenia — jej dziadek owdowiał i nie potrafił się odnaleźć ani w swoim opustoszałym mieszkaniu, ani w domu córki, w którym chętnie bywał jako gość, ale z trudem mógł znieść status stałego mieszkańca. Po starannych poszukiwaniach prof. Rymaszewska znalazła dla niego odpowiedni dom opieki. Dziadek odżył. Program socjalny tego domu był atrakcyjny, personel niezwykle życzliwy. Starszy pan (miał lat dziewięćdziesiąt) poznał tam partnerkę, z którą szczęśliwie przebyli ostatnie lata życia. Prof. Rymaszewska nie ujawniła w swoim wystąpieniu miejsca i nazwy ośrodka. Posłużyła się przykładem m.in. po to, aby podważyć mit mówiący, że wszystkie domy starości to bezduszne umieralnie.

Sam miałem szczęście oglądnąć urocze miejsce, o którym pomyślałem, że być może za jakiś czas stanie się ono moim domem finalnym. A stało się to tak: na Zjeździe Polskiego Towarzystwa Psychogeriatrycznego podeszła do mnie przystojna i sympatyczna blondynka (wiem, że co bardziej liberalni czytelnicy i czytelniczki zaraz oskarżą mnie o seksizm, ale proszę to na razie traktować jako część prozatorską, a zatem szczegółowy opis cech fizycznych jest dozwolony). Przedstawiła się jako Aleksandra Jeziorny, właścicielka Fundacji na Rzecz Osób chorych na ch. Alzheimera i ich Rodzin „Ad Finem” posiadającej trzy wyspecjalizowane domy opieki: w Sokołowsku i Mieroszowie na Dolnym Śląsku oraz najnowszy w Czernichowie koło Żywca. Zapytała, czy mógłbym pomóc w zorganizowaniu w Żywcu konferencji poświęconej problemom starzenia i choroby Alzheimera zorganizowanej przy okazji XVII Ogólnopolskiego Zjazdu Organizacji Alzheimerowskich, a przy okazji zwiedzić ośrodek w Czernichowie. Wyjaśniła przy tym, że liczne w Polsce współpracujące ze sobą ośrodki opiekujące się chorymi z otępieniami kolejno organizują konferencje naukowe w których uczestniczą pracownicy, dzieląc się swym doświadczaniem. Pani była tak sympatyczna, że z miejsca  się zgodziłem, zwłaszcza że problemami starości i otępień interesowałem się od dawna.

Poprosiłem moich wypróbowanych przyjaciół, nie tylko znanych profesorów psychiatrów i świetnych wykładowców, ale także kolejnych redaktorów naczelnych czasopisma „Psychiatria Polska” — Dominikę Dudek i Jurka Aleksandrowicza i w Sali Zamku Żywieckiego zorganizowaliśmy konferencję, ocenioną później jako bardzo udaną. A na następny dzień obejrzałem ośrodek w Czernichowie i się zachwyciłem.

https://vetulani.files.wordpress.com/2016/09/adfinem2.jpg?w=479&h=320

Po pierwsze — cudowna okolica. Jedzie się wzdłuż kaskady rzeki Soły, nad jeziorami wciśniętymi w wysokie zalesione wzgórza, doskonałe powietrze.

Po drugie — nowy i nowoczesny, pięknie zaplanowany budynek, parter bez żadnego progu. Przestronne i jasne jedno lub dwuosobowe pokoje. Bezpośrednie wyjścia z pokojów na parking z widokiem na górę Żar. Wielkie patio, na którym w pogodne dni zbierają  się pensjonariusze. Tam też odbywają się koncerty i występy dzieci z miejscowych szkół.

Po czwarte — olbrzymie pomieszczenie dla rehabilitacji, z najnowocześniejszym wyposażeniem.

Po piąte — oglądnąłem pralnię. Odzież każdego pacjenta jest prana osobno i trzymana na osobnej półeczce z jego nazwiskiem. Byłem pod sporym wrażeniem.

Po szóste — mają własną kuchnię, która na bieżąco przygotowuje świeże i smaczne śniadania, obiady i kolacje.

No i last, but not least — przemiły, uśmiechnięty personel. Wszyscy — od dyrekcji, przez rehabilitantki i pielęgniarki, po osoby sprzątające. Miło, wesoło. Oglądałem, jak personel zwraca  się do pensjonariuszy, jak pracownicy wchodzili w interakcje z gośćmi. Mieszkańcy domu też bardzo go chwalili. I takie miałem fajne wrażenia, i myślałem, że może kiedyś taki dom okaże się moją ostatnią przystanią.

A potem przydarzyło się nieszczęście. Marysia, z którą od kilku lat cieszymy  się medalem za długotrwałe pożycie małżeńskie (jak ona ze mną tak długo wytrzymała nie wiem) zachorowała na sepsę, posocznicę wywołaną gronkowcem złocistym. Dwa tygodnie walki o życie na SORze, kilkudniowa rehabilitacja w Krakowie w bardzo dobrych obiektywnie warunkach, ale bez kontaktów socjalnych. Widzę, że gaśnie. Słabość mięśniowa i bóle — niechętna rehabilitacji, praktycznie leży nieruchomo. Tylko czekać na zapalenie płuc.

I w tym momencie przypominam sobie Czernichów. Dzwonię do pani Aleksandry. Jest na urlopie, ale jest pani Ada Gołuch. „Nie ma sprawy. Jutro wysyłamy po pańską żonę karetkę”. Po czterech dniach starań rehabilitantów Marysia się troszkę podnosi. Widmo zapalenia płuc odleciało. Wciąż zbyt słaba, żeby podnieść rękę, z zapaleniem stawów, zwłaszcza kolana, ale już odżywa. I w tym momencie przekonałem się, że wrażenia o tym, że personel domu w Czernichowie jest wyjątkowy było tylko przedsmakiem — ci ludzie, którzy uratowali moją żonę, byli wszyscy tak mili, empatyczni, tryskali humorem i zachęcali do aktywności. Powolutku Marysia zaczęła  się podnosić, potem jeździć na foteliku (ciągle przenoszona nań z łóżka), potem szło coraz lepiej, a teraz, po trzech miesiącach już chodzi z balkonikiem. I mówi: „Znalazłam nową rodzinę”. Widać, że odzyska sprawność. Pewnie nie taką, jak sprzed choroby, ale wystarczającą, by znów cieszyć się aktywnym życiem towarzyskim i społecznym. Główną tego zasługą jest fakt, że od lipca przez cztery godziny dziennie intensywnie ćwiczyła z pomocą rehabilitantów i rehabilitantek, zachęcających do pracy nad sobą, ale też nie pozwalających na odizolowanie od społeczności: „Czemu pani je w pokoju? Niech pani przejedzie na świetlicę!”.

To wyciąganie na świetlicę (drugą atrakcją świetlicy jest wi-fi) powoduje socjalizację. Ludzie się poznają, rozmawiają, żyją.

Czernichów uratował Marysię.

A wracając do prof. Rymaszewskiej: opowiadałem jej o Czernichowie. W pewnym momencie mówię: „Pani Jeziony”. „Co?”, dziwi  się Joasia, „przecież to właścicielka Sokołowska, w którym tak szczęśliwie starzał się mój tata”.

Co to znaczy dobre kierownictwo!


Wszystkim z czystym sumieniem mogę polecić umieszczenie bliskiej osoby starszej lub wymagającej opieki i rehabilitacji w Centrum Ad Finem im. księżnej Marii Habsburg w Czernichowie w województwie śląskim.

~ - autor: vetulani w dniu Wrzesień 27, 2016.

Odpowiedzi: 10 to “Pełnoduszne ożywialnie”

  1. Jak bardzo normalnie, jak po ludzku i jak pogodnie opowiada Pan o swoim życiu. Ażeby myśleć w ten piękny sposób – o życiu, o przemijaniu, o swoich bliskich i przyjaciołach, jak Pan to publicznie czyni na tych ogólnie dostępnych stronach, na to trzeba daru otwartości, zrównoważenia namiętności, osobowości przeniknionej życzliwością do życia i do ludzi, których spotyka Pan na swojej życiowej drodze, osobowości mądrego człowieka, który akceptuje życie takie, jakie ono jest.

    Kultura hinduizmu zakłada, że życie – z istoty swojej – jest cierpieniem, cierpieniem z woli bogów, że jest konsekwencją naszych namiętności i zaszłości nawet, i że trzeba to cierpienie znosić, znosić z godnością rozumnej istoty, właśnie tak, jak przysłowiowy dopust boży, przeciwko któremu nawet nie warto wierzgać myślami, o nogach nie wspominając, a nawet – z pokorą – je akceptować.

    Jest Pan dobrym człowiekiem. Jak przekonany buddysta. Jak religijny mędrzec w hinduiźmie – sadhu.

    Przy tej okazji niechże mi będzie wolno wyrazić moją wdzięczność za inspiracje, które czerpię z Pańskiego blogu. Za Pański pogodny sposób myślenia. Za spokój ducha, który utrzymuje Pan w tym okresie życia, charakteryzującym się wprost namacalną kruchością istnienia i świadomością przemijania. Jest to temat, który coraz bardziej zajmuje i mnie. Ja też jestem w takim wieku i w podobnej sytuacji. Ale, choć śmierci się nie boję, bo jest ukojeniem, to jednak boję się niedołęstwa, boję się procesu powolnego umierania bez końca, boję się bycia ciężarem dla innych. I o tym przydarza mi się myśleć. I myślę z niepokojem. Nigdy natomiast nie odczuwałem obaw co do tego, co będzie potem. Bowiem potem będzie już tylko nic. Entropia. Powrót do wszechświata materii w cząstkach elementranych.

  2. Podzielam Pańską opinię dotyczącą twórczości prof. Vetulaniego. Jestem rocznikiem 1929, ale jestem czynny zawodowo i sprawnym fizycznie i umysłowo/ maraton pływacki 8500m/ok8godz, 260km/14dni do Santiago de Compostella, wędrówki samotne po górach – dla młodych jestem za stary, a dla starych za młody/. Dlaczego się odzywam? Przypuszczam, że jedną z przyczyn mej sprawności jest wiara.
    Wierzę, że jesteśmy wieczni. Ciało jest nam dane jak maszyna wieloczynnościowa, do działania w wybranej przez nas Rzeczywistości. Ponieważ Rzeczywistość ewoluuje, a ciało jest zaprogramowane przez proces wychowania do określonego etapu jej rozwoju, musi ono pójść do „recyklingu” a my jeśli chcemy / lub „Bóg” chce/ otrzymujemy „nową maszynę” i nowy odcinek czasu do przeżycia. Tak jak co jakiś czas zmieniamy model samochodu na nowszy. Dlatego nie obawiam się niedołężności. Oddam „samochód” do recyklingu gdy przestanie być sprawny. Na razie jednak świat jest ciekawy i piękny, a ludzie w zasadzie dobrzy, nie licząc dość licznych półgłówków / vide polskie aktualia/.
    Dlatego też żyję i staram się być , z przyjemnością, pożytecznym.
    Ten stan ducha chciałbym przekazać innym podobnie czującym LUDZIOM.
    Pozdrawiam

  3. Bardzo dobrze, że takie domy istnieją. Niestety, tak wysoki standard świadczonych usług, niesie za sobą wysoką cenę. Jest to luksus, na który większość społeczeństwa nie może sobie pozwolić. Widziałem kilka domów opieki, które przyjmują osoby starsze nawet z najniższymi emeryturami(w dodatku zawsze jest kolejka) – znacznie odbiegają one od poziomu domu, który opisał Pan Profesor.

    • Szanowny Autor „zobaczzrozum” postrzega rzeczywistość taką, jaka ona jest. Nie wszyscy mają po równo.

      Komunistyczna Polska długo nam to obiecywała, bowiem jest to bardzo chwytna i piękna obiecanka, twierdząc, że dochodzimy do sytuacji, w której każdy będzie miał „według potrzeb”. I była taka grupa ludzi „służących ludowi pracującemu miast i wsi”, która – jak najbardziej – dla unaocznienia tego już-już oczekującego na nas dobrobytu – żyła sobie pięknie i wygodnie, właśnie według tej zasady. Gorzej jeszcze, istniała też spora grupa głęboko wierzących w tę zasadę, która – brutalnie i po trupach – dążyła do dołączenie do tej uprzywilejowanej nadgrupy komunistów ludowych. Ta ambitna grupa nieustannie awansowała, tratując swoich konkurentów, a zwłaszcza niszcząc po bydlacku krytyków tego systemu.

      Obiecanka ta stała się ułudą i brzydkim kłamstwem, o czym od samego początku było wiadomo, tylko cwaniacy wciąż tym propagandowym kłamstwem łudzili odurniały narodek. I zyskiwali polityczne poparcie, a przynajmniej akceptację tego świetlanego systemu, który nieomylnie prowadził do celu: miało być nie tylko dobrze, ale i wciąż lepiej i lepiej.

      Kapitalizm, który teraz przeżywamy, liczy na to, że tzw. „niewidzialna ręka wolnego rynku” oraz konkurencja pomiędzy przedsiębiorstwami doprowadzą do obiżenia cen i powszechnego dobrobytu. I znowu mamy nieprzebrane zastąpy naiwnych durniów, dla których te piękne obiecanki są przejświętszą prawdą. Owszem, w miarę (gospdarczego i moralnego) rozwoju społeczeństw polepsza się jak gdyby wszystkim, tylko że znowu mamy „równiejszych”, którzy gromadzą bezsensowne zasoby pieniędzy (lub – jak w Ameryce łacińskiej – bezkresne latyfundia, często leżące odłogiem, pomimo milionów bezrolnych chłopów, w ten sposób zmuszanych do pracy na tych latyfundiach za głodową płacę), ale i zastępy lumpenproletariatu, harujące na podstawie umów śmieciowych. Jest też „wyścig szczurów”, głęboko wierzących w to, że każdy z nich może zostać milioneren, jeśli tylko tego będzie naprawdę chciał. Tu chodzi również o osobników, którzy dawno porzucili wszelkie zasady moralności i w swoich dążeniach do wzniosłego celu kierują się bezwzględnością równą bandyckim mafiom.

      O równości spłecznej możemy sobie nadal pobożnie pomarzyć, ale trzecia siła, Kościół, obiecuje ją nam po śmierci. Jest powód, żeby się cieszyć! Tylko trzeba się o to starać, modlić się i wspierać hyclów w szpiczastych czapach. I znowu można tu wyróżnić grupę głęboko wierzących aktywistów wiary, którzy z rozmysłem dążą do „świętości”. Jest nawet takie gremium zuchwałych cwaniaczków w złocistych chałatach, w Watykanie, które podejmuje wiążące i ostateczne decyzje za swojego Najwyższego Szefa w niebie: komu grzechy odpuszczą, a komu zatrzymają, kto będzie zbawiony, a kto nawet święty, kto poddany zostanie resocjalizacji w czyścu i na jak długo, a kto skazany na wieczne potępienie w piekle. Telefonu do Szefa nie mają, zapytać się nie mogą, ale wystarczy im, że odgadują jego myśli, są tak samo doskonali w tej dzidzinie, jak on sam, ich Szef Najwyższy nad Wszchświatem. A nawet mądrzejsi. I nieomylni! Obiecanka jest przepiękna, a i zastępy ochotników rosną liczbowo. I, dążąc do świętości, wykazują się. Nie, nie w ten sposób, żeby samemu być moralnie doskonałym, ale tropią przeciwników. A to wytropią jakąś Dodę, za to, powiedziała prawdę o marności ludzkiej, a to obnażą kogoś innego, że niby obraził pana boga albo zbeszcześcił jakieś religijne przedmioty czy szamańskie rytuały, a to sprowadzą kobiety – przy pomocy przemocy państwowej! – do roli zniewolonych istot czy bezwolych maszyn służących do rodzenia dzieci… No, żeby dostać się do Nieba, trzeba się starać!

      Nic się nie zmienia w bezczelności człowieka. I regułą jest, że kto uważa siebie za bardziej godnego do społecznego lub niebiańskiego awansu, albo za bardziej świętego, ten jest bardziej bezwzględny w stosunku do innych ludzi i musi im to dać odczuć, by siebie ukazać w promienistym świetle doskonałości.

      Prawda jest też taka, że nie wszyscy mamy jednakowe zdolności i nie wszystkim nam sprzyja taki sam dobry los. Są ludzie mądrzejsi i bardziej utalentowani, łatwiej sobie radzący w tym świecie pełnym bezwzględnej konkurncji, ale też są ludzie już na samym starcie poszkodowani, np. przez słabe zdrowie mentalne czy fizyczne. Stąd są te nierówności, istniejące jak gdyby z woli samego boga, ale też nieodłączną ccha człowieka jest pazerność i zawiść. Niestety! Ludzie jakże chętnie podkładają bliźniemu nogę. Kto jest większą świnią albo oportunistycznym cwaniaczkiem, ten ma sukcesy! I dlatego nie każdego stać na luksusowy dom opieki w okresie słabnięcia zwykłej, codziennej poradności. To nie znaczy jednak, że tych domów opieki nie ma być. Niech będą! Te bardziej proste i te bardziej luksusowe. Raczej dobrze jest, że te luksusowe też są, bo wyznaczają standarty przyszłości, bo mobilizują ludzi do zabezpieczenia sobie lepszej starości. Likwidacja takich domów byłaby tylko i wyłącznie wyrazem głupoty ludzkiej i dość powszechnej w Polsce zawiści.

      Kończę smutną refleksją. Pobyt w domu opieki na starość, choćby był to dom najbardziej luksusowy, jest smutnym zadarzeniem. Ja wolałbym umierać w swoim codziennym domu, nawet bez luksusów. Do skorzystania z usług domu opieki zmusza nas jednak nasza nieporadność na starość oraz sytuacja. Ale także i rozsądek. Bo – już w konwencji żartu – wszyscy ludzie wierzący chcą jak najprędzej dostać się do nieba, tylko nikt z nich nie chce umierać! Mimo tego, że Kościół obiecuje im niesamowite szczęście! Intuicyinie wiedzą, że ta obiecanka jest tylko kłamstwem, dobrym dla kościelnych cwaniaczków i ich naiwnych owieczek. Podobnie do domu opieki udaje się człowiek w przekonaniu, że idzie tam umierać. Niektórzy tak boją się tej myśli, że za nic w świecie nie chcą tam iść. Tak – na przykład – myślę ja! Ja nawet przestałem – już dawno! – spać w łóżku, odkąd dowiedziałem się, że jednak najczęściej ludzie umierają w łóżku. A ja studiowałem rachunek prawdopodobieństwa i wiem, że ludzie kłamią, ale matematyka – nigdy!

  4. Wielce szanowny Panie Juliuszu, niezwykle serdecznie dziękuję Panu za tak pogodną i życzliwą wypowiedź pod adresem pana Profesora Vetulaniego. Zgadzam się z Panem w zupełności. W tak podeszłym wieku nie wszyscy są tak bardzo życzliwi, praktyczni i aktywni życiowo, jak Pan. Najwyraźniej sprzyja Panu w życiu szczęście Fortuny, dobry los, albo i opieka Opatrzności.

    Z wielką otwartością i odważnie – a to są cechy ludzi mądrych – zwierza się Pan, że głęboka wiara inspiruje Pana duchowo i bardzo pomaga w codziennym życiu. Z przyjemnością przyjmuję do wiadomości Pańskie pełne ufności wyznanie na ten temat i życzę Panu dużo satysfakcji na przyszłość.

    Jest Pan dobrym człowiekiem, bardzo ludzkim starszym panem, zachwyconym postawą i twórczością Profesora Vetulaniego, bowiem i Pan sam wyznaje i praktykuje podobne zasady życiowe, jak pan Profesor Vetulani. Jeszcze raz bardzo serdecznie dziękuje Panu za tę życzliwą i mądrą wypowiedź, a także – z uczuciem uznania i wdzięczności – serdecznie pozdrawiam Pana.

  5. A ja chciałbym podzielić się niegasnącym we mnie światłem wiary, które jest dziś coraz mniej popularne. Chrześcijańska tradycja, w której zostałem wychowany pozwala mi myśleć z nadzieją o każdym odcinku mojego życia, zwłaszcza o tym, który zarezerwowany jest po przejściu granicy śmierci. Bogactwo duchowe, które wciąż odkrywam na kartach Biblii, obietnice, które odsuwane są niczym opium, tania pociecha dla prostych ludzi, dla mnie są ciągle nośnikiem siły, która pozwala sensownie żyć tu i teraz. Choć póki co nie muszę zmagać się z procesami starzenia, dane mi jest co jakiś czas przebywać w domach spokojnej starości. Fakt, wiele zależy od personelu. Ale wydaje mi się, że i od tego, czym „nasiąknęła skorupka za młodu.” Na to, co potem, przygotowujemy się budując nasze dzisiaj. To co Jaś przyjmie do serca, to Jan będzie reinterpretował. Tym może żyć i karmić się w jesieni swojego życia. Ten „materiał” może się to stać dla niego źródłem siły i pociechy. W tych nielicznych spotkaniach z pensjonariuszami udaje mi się czasem uchwycić moment, który jest jak olśnienie. Ujmując to doświadczenie w słowa powiedziałbym, że we wnętrze każdego człowieka wpisany jest nieustanny rozwój. Choć ciało się starzeje, wnętrze człowieka, które my chrześcijanie określamy duszą (tak opacznie dziś rozumianą, a szkoda!) może pozostawać w nieustannym „pędzie” ku „Ostatniemu”, ku spełnieniu. Nawet jeśli w tej drodze przeszkadzają przystanki starości, niedołęstwa i nieumiejętności, nadzieja może pozostać żywa. Wydaje mi się, że warto w nią nieustannie inwestować…

  6. Szanowny Panie Profesorze, zainicjował Pan dyskusję o tym etapie życia, na którym to życie skłania się ku końcowi. Dzięki postępowi medycyny oraz opieki lekarskiej etap ten ulega coraz większemu wydłużeniu, a który pokonywać trzeba przy narastającej nieporadności ciała i ducha. W skrajnych przypadkach stopień tej nieporadności jest tak duży, że zwykłe życie człowieka przybiera kształt właściwy roślinom.

    Coraz wiąksza liczba osób potrzebuje na tym etapie pomocy. Szczęśliwi są, którymi zajmują się najbliżsi w duchu poszanowania i miłości. Znacznie więcej ludzi zdanych jest w takiej sytuacji na opiekę wyspecjalizowanych instytucji, działających na zasadach odpłatności, a nawet zyskowności. Nie każdy stary człowiek jest w stanie sprostać wymaganiom finansowym tych instytucji. I to jest ogromny problem dla wielu ludzi w podeszłym wieku. Problem bolesny i bardzo smutny. O tym trzeba rozmawiać i podejmować próby zaradzenia temu problemowi, zaradzenia problemowi tu i teraz, zanim jeszcze żyjemy. Pan Profesor wskazuje nam wszystkim pewien kierunek i czyni Pan to bardzo dobrze.

    Inaczej do sprawy podchodz Pan R.B., który zaradzenia problemowi upatruje w wierze. Wiara daje mu nadzieję, a „światło wiary” …”pozwala mi myśleć z nadzieją o każdym odcinku mojego życia, zwłaszcza o tym, który zarezerwowany jest po przejściu granicy śmierci”. Tylko skąd wziąć pieniądze na opiekę?

    Wyrażam wdzięczność za możliwość zapoznania się z poglądami Pana R.B. i życzę mu spełnienia nadziei.

    Panu Profesorowi życzę sił i zdrowia.

    • Dziękuję za życzliwość.
      Absolutnie nie chcę się wikłać w kwestie związane z organizacją opieki zdrowotnej i paliatywnej. Jak zaznaczyłem na wstępie mojej poprzedniej wypowiedzi chodziło mi o podzielenie się osobistą refleksją. Wydaje mi się, że nigdzie nie napisałem, że wiara rozwiązuje wszystkie problemy. Zasygnalizowałem jedynie nieco inny, duchowy aspekt sprawy, który dla mnie jest istotny. Fakt, nieco wybiega poza ramy zaproponowanego przez Pana profesora tematu. Mówiąc o sędziwym wieku trudno jednak nie myśleć o sprawach ostatecznych. Osobiście w temacie starości liczę na rodzinę.
      Życzę wszystkiego dobrego! Lekką ironię zawartą w wypowiedzi Pani Maciejki traktuję z wielką dozą życzliwości.

    • Wystarczy kilka zdan, nawet jedno z calej ksiazki , ktore samo sie zapamietuje, zakotwiczy sie a w trudnych chwilach „odpamietuje” by przyniesc ukojenie
      I dla takich wypowiedzi ukuto, jak mniemam, okreslenie „balsam dla duszy” : )
      Dziekuje . Panom: Profesorowi , Maciejka Maciejka i zycze zdrowia.

  7. Obejrzałem wykład na kanale zapytaj fizyka, świetny! Dużo zdrowia panie profesorze, pozdrawiam serdecznie :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

 
%d bloggers like this: