Piękno neurobiologii

Pełnoduszne ożywialnie

Reklamy

Dla gatunku ludzkiego dożywanie sędziwego wieku stało się procesem korzystnym, mimo że z punktu widzenia jednostkowego związane ze starzeniem procesy degradacyjne z pewnością korzystne nie są. Przetrwanie genów w obrębie grupy zależy jednak nie tylko od bezpośredniej sprawności reprodukcyjnej poszczególnych osobników (czyli możliwości wytwarzania gamet i kopulacji), ale również od zaistnienia w grupie odpowiednich stosunków i hierarchii. Szczególnie istotna jest opieka nad młodym potomstwem ze strony osobników starszych. Przy opiece nad potomstwem niezwykle przydatne okazuje się doświadczenie, które często — w miarę jak wiek postępuje — nie idzie w parze ze sprawnością fizyczną, konieczną dla aktywności myśliwskiej czy produkcyjnej. Wspomniane braki wydają się jednak mało istotne w porównaniu z tym, jakie korzyści może dać nauka od doświadczonego członka grupy.

Wciąż żywy jest mit domu opieki jako bezdusznej umieralni. Czasem jednak wyspecjalizowane ośrodki potrafią pomóc nam w krytycznej sytuacji. Na zdjęciu Centrum Ad Finem w Czernichowie.

We współczesnym, cywilizowanym społeczeństwie rola osób starych wzrasta, zwłaszcza że ich aktywność produkcyjna jest umożliwiona przez postęp techniczny i fizyczne skutki starzenia się są doskonale kompensowane przez różnego rodzaju aparaturę. Najpoważniejszymi czynnikami obniżającymi aktywność społeczną seniorów wydają się obecnie przede wszystkim związane z wiekiem deficyty zmysłowe (głównie osłabienie wzroku i słuchu) i poznawcze. Jednak takie deficyty mogą być dzięki postępowi technicznemu w wielu przypadkach rekompensowane (aparaty słuchowe czy implanty ślimakowe w przypadku deficytów słuchu, a okulary, operacyjne leczenie pewnych zmian oka związanych z wiekiem, jak na przykład zaćma, elektroniczne urządzenia wspomagające czytanie, a w niedalekiej przyszłości implanty siatkówkowe gdy psuje się wzrok).

Jeżeli chodzi o zdolności poznawcze, to inteligencja płynna ulega obniżeniu z wiekiem, natomiast inteligencja skrystalizowana, oparta na wiedzy i doświadczeniu, wzrasta. Również w wielu wypadkach z wiekiem zmniejsza się labilność emocjonalna, stąd łatwiejsze podejmowanie trafnych decyzji. Podobnie jak we wcześniejszych okresach rozwoju ludzkości, również dzisiaj seniorzy, jeżeli tylko są zdrowi, mogą z powodzeniem odgrywać istotne, często kierownicze role w społeczeństwie, chociaż niewątpliwie wolniej przyswajają osiągnięcia techniczne sprzyjające poprawie funkcjonowania poznawczego i — jak się wydaje — przyszłość naszego gatunku będzie zależeć m.in. od tworzenia odpowiednich relacji pomiędzy przedstawicielami różnych grup wiekowych.

Nie ulega jednak wątpliwości, że w miarę starzenia się seniorzy wymagają szczególnej opieki, aby móc pełnić użyteczną rolę w społeczeństwie, a potem — aby uniknąć różnego rodzaju dyskomfortu związanego z narastającą niepełnosprawnością. W przeszłości była to z reguły opieka zindywidualizowana, zapewniana przez rodzinę. W czasach, kiedy techniki medyczne stały na niskim poziomie, opieka domowa była wystarczająca, równie dobra jak zapewniana w domach opieki, a emocjonalnie korzystniejsza, niż opieka zinstytucjonalizowana. Ta ostatnia jeszcze nie tak dawno temu nie zapewniała podopiecznym wyraźnie lepszych warunków, niż dobra opieka domowa. Ta sytuacja i z reguły znacznie gorszy kontekst emocjonalny bytowania były przyczyną niechęci oddawania bliskich pod skrzydła instytucji opiekuńczych. Umieszczenie członka rodziny w „domach starców” nie miało społecznego przyzwolenia i często traktowane było w otoczeniu jako wyraz bezduszności rodziny i jej lenistwa.

Obecnie sytuacja uległa istotnej zmianie w wyniku dwóch procesów — zanikania instytucji dużej rodziny, w której liczni młodsi jej członkowie mogli dzielić się obowiązkami przy niesieniu pomocy seniorowi, oraz postępowi techniki medycznej, dzięki czemu pomoc ratująca życie w krytycznych sytuacjach może być skutecznie udzielana, ale w zasadzie tylko w warunkach dobrze wyposażonego domu opieki lub szpitala. Ponieważ zastane opory moralne przed oddawaniem bliskich pod opiekę specjalistycznych instytucji wciąż są w społeczeństwie dość powszechne, powstaje dylemat, w jaki sposób zorganizować życie seniorowi, który traci poważną część autonomii funkcjonalnej i stale wymaga opieki.

Rozwiązanie tego dylematu to uświadomienie rodzinie i znajdującemu się pod jej opieką seniorowi, które rozwiązanie jest dla wymagającego opieki korzystniejsze fizycznie i emocjonalnie. Odpowiedź na to pytanie zależy w głównej mierze od jakości opieki w obu sytuacjach. Jeżeli jesteśmy na tyle majętni, że możemy zapewnić odpowiednie miejsce pobytu seniora we własnym domu (osobny pokój izolowany akustycznie od innych pomieszczeń domu, całodobowa opieka pielęgniarska, „gorąca linia” do lekarza-specjalisty lub pogotowia, fachowa konsultacja gerontologiczna) — opieka domowa jest w zasadzie lepsza, jeżeli ponadto zorganizuje się seniorowi odpowiednie życie towarzyskie.

Wybór odpowiedniego miejsca poza własnym domem jako ostatniego mieszkania bliskiej nam osoby nie jest rzeczą łatwą. Pytanie, czy to miejsce zaspokoi potrzeby fizyczne, medyczne i psychologiczne powierzanej mu osoby, pensjonariusza, jest dla każdego wielką troską. Szczególnie dotyczy to sytuacji, kiedy nie mamy możliwości odwiedzać naszej babci czy wuja codziennie lub kilka razy w tygodniu, aby na własne oczy ocenić, czy opieka jest zadowalająca. Należy także pamiętać, że w wielu przypadkach z upływem lat funkcje psychiczne osoby znacznie się pogarszają, i często senior nie jest w stanie nam się poskarżyć. Właściwie tylko bardzo dobre referencje, po których dla pewności potrzebne są rozmowy z innymi pensjonariuszami, a także kontakty z personelem pielęgniarskim i terapeutycznym, są konieczne dla podjęcia decyzji.

W tym miejscu chciałbym się podzielić własnymi, całkiem subiektywnymi wrażeniami z jednego z takich ośrodków. Może być to uznane za nachalną reklamę, ale wydaje mi się, że bardzo wiele osób znajdujących się w krytycznej sytuacji szuka na oślep domu opieki i zdarza się, że wybór nie okazuje się najszczęśliwszy. Ja z kolei czuję się zobowiązany do napisania kilku ciepłych słów o miejscu i ludziach, którzy tak fantastycznie pomogli mojej rodzinie w krytycznym momencie.

Wybór pomiędzy domem rodzinnym a domem opieki jest — jak już wspomniałem — nie zawsze łatwy. Ten dylemat pięknie przedstawiła prof. Joanna Rymaszewska w referacie Własny dom czy ośrodek — trudne wybory opiekunów wygłoszonym na Ogólnopolskiej Konferencji Alzheimerowskiej w Szczecinie 17 września 2016.

Prof. Rymaszewska szczególną uwagę zwróciła na zbieranie informacji o miejscu, w którym chcielibyśmy umieścić bliską nam osobę. Przede wszystkim — przekonywała — należy kłaść nacisk na dokładny wywiad — nie tylko korzystanie z informacji reklamowych, ale osobiste oglądnięcie ośrodka i rozmowy, nie tylko z dyrekcją, ale także personelem i — przede wszystkim — z aktualnymi pensjonariuszami.

Prof. Rymaszewska mówiła z własnego doświadczenia — jej dziadek owdowiał i nie potrafił się odnaleźć ani w swoim opustoszałym mieszkaniu, ani w domu córki, w którym chętnie bywał jako gość, ale z trudem mógł znieść status stałego mieszkańca. Po starannych poszukiwaniach prof. Rymaszewska znalazła dla niego odpowiedni dom opieki. Dziadek odżył. Program socjalny tego domu był atrakcyjny, personel niezwykle życzliwy. Starszy pan (miał lat dziewięćdziesiąt) poznał tam partnerkę, z którą szczęśliwie przebyli ostatnie lata życia. Prof. Rymaszewska nie ujawniła w swoim wystąpieniu miejsca i nazwy ośrodka. Posłużyła się przykładem m.in. po to, aby podważyć mit mówiący, że wszystkie domy starości to bezduszne umieralnie.

Sam miałem szczęście oglądnąć urocze miejsce, o którym pomyślałem, że być może za jakiś czas stanie się ono moim domem finalnym. A stało się to tak: na Zjeździe Polskiego Towarzystwa Psychogeriatrycznego podeszła do mnie przystojna i sympatyczna blondynka (wiem, że co bardziej liberalni czytelnicy i czytelniczki zaraz oskarżą mnie o seksizm, ale proszę to na razie traktować jako część prozatorską, a zatem szczegółowy opis cech fizycznych jest dozwolony). Przedstawiła się jako Aleksandra Jeziorny, właścicielka Fundacji na Rzecz Osób chorych na ch. Alzheimera i ich Rodzin „Ad Finem” posiadającej trzy wyspecjalizowane domy opieki: w Sokołowsku i Mieroszowie na Dolnym Śląsku oraz najnowszy w Czernichowie koło Żywca. Zapytała, czy mógłbym pomóc w zorganizowaniu w Żywcu konferencji poświęconej problemom starzenia i choroby Alzheimera zorganizowanej przy okazji XVII Ogólnopolskiego Zjazdu Organizacji Alzheimerowskich, a przy okazji zwiedzić ośrodek w Czernichowie. Wyjaśniła przy tym, że liczne w Polsce współpracujące ze sobą ośrodki opiekujące się chorymi z otępieniami kolejno organizują konferencje naukowe w których uczestniczą pracownicy, dzieląc się swym doświadczaniem. Pani była tak sympatyczna, że z miejsca  się zgodziłem, zwłaszcza że problemami starości i otępień interesowałem się od dawna.

Poprosiłem moich wypróbowanych przyjaciół, nie tylko znanych profesorów psychiatrów i świetnych wykładowców, ale także kolejnych redaktorów naczelnych czasopisma „Psychiatria Polska” — Dominikę Dudek i Jurka Aleksandrowicza i w Sali Zamku Żywieckiego zorganizowaliśmy konferencję, ocenioną później jako bardzo udaną. A na następny dzień obejrzałem ośrodek w Czernichowie i się zachwyciłem.

Po pierwsze — cudowna okolica. Jedzie się wzdłuż kaskady rzeki Soły, nad jeziorami wciśniętymi w wysokie zalesione wzgórza, doskonałe powietrze.

Po drugie — nowy i nowoczesny, pięknie zaplanowany budynek, parter bez żadnego progu. Przestronne i jasne jedno lub dwuosobowe pokoje. Bezpośrednie wyjścia z pokojów na parking z widokiem na górę Żar. Wielkie patio, na którym w pogodne dni zbierają  się pensjonariusze. Tam też odbywają się koncerty i występy dzieci z miejscowych szkół.

Po czwarte — olbrzymie pomieszczenie dla rehabilitacji, z najnowocześniejszym wyposażeniem.

Po piąte — oglądnąłem pralnię. Odzież każdego pacjenta jest prana osobno i trzymana na osobnej półeczce z jego nazwiskiem. Byłem pod sporym wrażeniem.

Po szóste — mają własną kuchnię, która na bieżąco przygotowuje świeże i smaczne śniadania, obiady i kolacje.

No i last, but not least — przemiły, uśmiechnięty personel. Wszyscy — od dyrekcji, przez rehabilitantki i pielęgniarki, po osoby sprzątające. Miło, wesoło. Oglądałem, jak personel zwraca  się do pensjonariuszy, jak pracownicy wchodzili w interakcje z gośćmi. Mieszkańcy domu też bardzo go chwalili. I takie miałem fajne wrażenia, i myślałem, że może kiedyś taki dom okaże się moją ostatnią przystanią.

A potem przydarzyło się nieszczęście. Marysia, z którą od kilku lat cieszymy  się medalem za długotrwałe pożycie małżeńskie (jak ona ze mną tak długo wytrzymała nie wiem) zachorowała na sepsę, posocznicę wywołaną gronkowcem złocistym. Dwa tygodnie walki o życie na SORze, kilkudniowa rehabilitacja w Krakowie w bardzo dobrych obiektywnie warunkach, ale bez kontaktów socjalnych. Widzę, że gaśnie. Słabość mięśniowa i bóle — niechętna rehabilitacji, praktycznie leży nieruchomo. Tylko czekać na zapalenie płuc.

I w tym momencie przypominam sobie Czernichów. Dzwonię do pani Aleksandry. Jest na urlopie, ale jest pani Ada Gołuch. „Nie ma sprawy. Jutro wysyłamy po pańską żonę karetkę”. Po czterech dniach starań rehabilitantów Marysia się troszkę podnosi. Widmo zapalenia płuc odleciało. Wciąż zbyt słaba, żeby podnieść rękę, z zapaleniem stawów, zwłaszcza kolana, ale już odżywa. I w tym momencie przekonałem się, że wrażenia o tym, że personel domu w Czernichowie jest wyjątkowy było tylko przedsmakiem — ci ludzie, którzy uratowali moją żonę, byli wszyscy tak mili, empatyczni, tryskali humorem i zachęcali do aktywności. Powolutku Marysia zaczęła  się podnosić, potem jeździć na foteliku (ciągle przenoszona nań z łóżka), potem szło coraz lepiej, a teraz, po trzech miesiącach już chodzi z balkonikiem. I mówi: „Znalazłam nową rodzinę”. Widać, że odzyska sprawność. Pewnie nie taką, jak sprzed choroby, ale wystarczającą, by znów cieszyć się aktywnym życiem towarzyskim i społecznym. Główną tego zasługą jest fakt, że od lipca przez cztery godziny dziennie intensywnie ćwiczyła z pomocą rehabilitantów i rehabilitantek, zachęcających do pracy nad sobą, ale też nie pozwalających na odizolowanie od społeczności: „Czemu pani je w pokoju? Niech pani przejedzie na świetlicę!”.

To wyciąganie na świetlicę (drugą atrakcją świetlicy jest wi-fi) powoduje socjalizację. Ludzie się poznają, rozmawiają, żyją.

Czernichów uratował Marysię.

A wracając do prof. Rymaszewskiej: opowiadałem jej o Czernichowie. W pewnym momencie mówię: „Pani Jeziony”. „Co?”, dziwi  się Joasia, „przecież to właścicielka Sokołowska, w którym tak szczęśliwie starzał się mój tata”.

Co to znaczy dobre kierownictwo!


Wszystkim z czystym sumieniem mogę polecić umieszczenie bliskiej osoby starszej lub wymagającej opieki i rehabilitacji w Centrum Ad Finem im. księżnej Marii Habsburg w Czernichowie w województwie śląskim.

Reklamy